Gigant łapie zadyszkę? 83

Dużo uwagi poświęcaliśmy – może zbyt dużo – konkurującym ze sobą gigantom, tzn. Sony i Microsoft. Kilka razy wspominaliśmy o Stadii tworzonej przez potentatów  z Mountain View, która mogłaby nieco namieszać i wziąć swoją pulę na rynku gier. Było jeszcze coś takiego jak MadBox, szalony sprzęt zrodzony z majaczeń nie do końca racjonalnych umysłów. Prawie w ogóle nie pisaliśmy w tym kontekście o Nintendo, a zwłaszcza z jego wciąż młodym dziecku. Pora to nadrobić, bo trafiły do nas nader interesujące statystyki.

Nintendo niweluje dystans

Na topie gości niezmiennie Sony i jego Playstation 4. Jego prymat – póki co – jest niewątpliwy. Natomiast ciekawe rzeczy dzieją się za jego plecami. Wygląda na to, że młodzik, jakim wciąż jest Nintendo Switch (rocznik 2017), nie traci sił, a starszy rywal, Xbox One, oddech coraz ciężej i rozgląda się za miejscem, gdzie mógłby przystanąć i zaczerpnąć tchu. Może więc wkrótce dojść do tyle interesującej, ile zaskakującej roszady. I  już nie owijając w bawełnę, przedstawmy od razu te dane. Otóż w czerwcu tego roku różnica między sprzedanymi egzemplarzami skurczyła się aż o 620 000 sztuk. A w ciągu roku Nintendo nadrobiło do amerykańskiego giganta dystans 10,97 milionów opylonych sztuk.

O czym już kiedyś pisaliśmy, Nintendo to specyficzna marka, głównie nastawiona na rynek japoński. Z taką myślą są też projektowane gry, wśród których jest wiele jRPG-ów. Znajdą się i Europejczycy, których ciekawią takie motywy. I wygląda na to, że jest ich coraz więcej. Japończyków jest wprawdzie wielu, duża ich część gra w gry, ale nie wykupują wszystkich egzemplarzy Nintendo Switch. Wygląda na to, że Nintendo także w naszych chatach krytych strzechą staje się niemal członkiem rodziny. Z czego to wynika?

Po prostu dobry sprzęt

Z takim ekwipunkiem nie sposób zaznać nudy.

Na pewnym ogólnopolskim portalu pewien internauta o groźnym pseudonimie stwierdził apodyktycznie, że Nintendo nie jest żanym konkurentem dla Microsoftu, bo sprzedaje się wyłącznie w kraju samurajów. I temat wydawałby się zamknięty, gdyby nie komentarze wielu innych użytkowników. Raczej wątpliwe, aby były autorstwa pracowników sekcji Nintendo Polska. Pojawił się nawet głos w dyskusji, że warto mieć tę konsolę choćby wyłącznie dla klimatycznej Zeldy. Poza tym inny użytkownik donosi, że “Fire Emblem” rozszedł się w Polsce dniu premiery na pniu. 

Czyżby ekspansja Nintendo na rynki zachodnie (w tym polski) trwała najlepsze? Są przesłanki – a także twarde fakty – które by właśnie za tym przemawiały.